You are currently viewing Zanim ruszysz dalej, zatrzymaj się (bo nie da się wejść w nowe bez pożegnania starego)

Zanim ruszysz dalej, zatrzymaj się (bo nie da się wejść w nowe bez pożegnania starego)

Dziś trochę trudniejszy wpis. Czasem w życiu doświadczamy różnych utrat  i te utraty mogą mieć bardzo różne formy. Można stracić przedmioty, które miały dla nas wartość sentymentalną. Można utracić zdrowie. Można też stracić kogoś bliskiego, fizycznie, gdy odchodzi na zawsze, albo emocjonalnie, gdy się rozstajemy i ruszamy w różne strony. Czasem tracimy jakąś część siebie, gdy kończy się ważny etap życia.

Obecnie duży nacisk kładzie się na rozwój, działanie, przekraczanie siebie. Pędzimy do przodu, a pozytywność staje się niemal obowiązkiem. W takim świecie łatwo usłyszeć w ramach „pocieszenia”: „E tam, nic się nie stało”. Nie możesz jeść pomidorów? To jedz ogórki. Nie możesz chodzić po górach? Pojedź nad morze. Straciłaś/łeś miłość? Załóż konto w aplikacji randkowej – przecież nie był to jedyny człowiek na świecie. To tylko przykłady, ale dobrze oddają to zjawisko.

Psychologowie już dawno zauważyli, że kiedy coś tracimy (cokolwiek to jest, jeśli tylko miało dla nas znaczenie) pojawia się proces żałoby. Początkowo badacze, jak Elizabeth Kübler-Ross, opisywali go w kontekście utraty bliskiej osoby. Model ten obejmuje kilka etapów: najpierw pojawia się szok i niedowierzanie, moment, w którym nie rozumiemy, co się dzieje, albo nie możemy w to uwierzyć. Później pojawiają się próby „targowania się” z losem, szukanie sposobów na odwrócenie tego, co już się wydarzyło. Potem przychodzi fala trudnych emocji: złość, smutek, bezradność. I dopiero po czasie  akceptacja.

Dziś coraz częściej rozszerza się ten model żałoby na każdą utratę, nie tylko utratę bliskiej osoby. Bo każda zmiana, która zabiera nam coś ważnego, uruchamia proces przeżywania. Akceptacja nie przychodzi z dnia na dzień. Nie da się jej wymusić ani dobrymi radami, ani silnym postanowieniem. Wymaga czasu. Wymaga czucia.

W psychologii zjawisko, w którym ktoś nakazuje (sobie lub innym) cieszyć się z trudnych rzeczy, pomija lub unieważnia trudne emocje, nazywa się efektem Pollyanny. Bohaterka powieści Eleanor H. Porter grała w „grę w radość”, w każdej sytuacji starała się znaleźć coś pozytywnego. I nie ma w tym nic złego, dopóki nie robimy tego na siłę. Dopóki nie zaprzeczamy własnemu bólowi. Bo jeśli za bardzo chcemy się „cieszyć na siłę”, to często uciekamy od tego, co naprawdę potrzebuje naszej uwagi.

W takich momentach warto się zatrzymać. Dać sobie przestrzeń na trudne emocje, na smutek, złość, niezgodę. Pozwolić sobie je przeżyć, bez przymusu „ogarnięcia się” już teraz. Tylko wtedy można naprawdę ruszyć dalej. Czasem ta presja na rozwój i działanie jest próbą ucieczki przed tym, co boli. A ja zaryzykuję twierdzenie: nie da się wejść w pełni w „nowe”, jeśli nie pożegnamy się z „starym”.

Psychoterapeuci Gestalt używają pięknego określenia: domknięcie. Choć jego źródła tkwią w teorii postaci i zasadzie pregnancji, można to wyjaśnić w bardzo prosty sposób. Kiedy przerywamy oglądanie wciągającego filmu czy czytanie interesującej książki, trudno nam się skupić na czymkolwiek innym. Nasza uwaga wraca do tej historii, dopóki nie dowiemy się, jak się kończy. Dopiero domknięcie doświadczenia pozwala nam spokojnie iść dalej.

Podobnie jest z utratami. Jeśli nie opłaczemy tego, co odeszło, jeśli nie pozłościmy się na to, co nas zabolało,  coś w nas pozostaje niedomknięte. A wtedy każde „nowe” może być na przykład ucieczką, nie prawdziwym początkiem.