You are currently viewing A może ferie „po japońsku”?  Czyli parę myśli z technik terapeutycznych opracowanych przez Moritę (森田療法)

A może ferie „po japońsku”? Czyli parę myśli z technik terapeutycznych opracowanych przez Moritę (森田療法)

Dzieci, a razem z nimi całe rodziny (z województw mazowieckiego, pomorskiego, podlaskiego, świętokrzyskiego i warmińsko-mazurskiego), właśnie rozpoczęły ferie. Dla wielu to czas wyjazdów, planów, atrakcji i „ładowania baterii”. Ale prawda jest taka, że ferie nie są zarezerwowane wyłącznie dla dzieci. Dorosłym też się one należą, nawet jeśli nie w kalendarzu szkolnym, to w głowie i w sposobie przeżywania codzienności.

I właśnie tu pojawia się inspiracja z zupełnie innego kręgu kulturowego, z Japonii i z podejścia terapeutycznego stworzonego przez Shōma Morita. Bez egzotyki, bez wyjazdu na drugi koniec świata, za to z dużą ulgą dla głowy.

Kilka słów o terapii Mority

Terapia Mority powstała na początku XX wieku i od samego początku była czymś zupełnie innym niż to, do czego przywykliśmy w zachodnim myśleniu o psychoterapii. Jej twórca wychodził z prostego założenia: emocji nie da się w pełni kontrolować, ale można nauczyć się żyć i działać mimo ich obecności.

W tym podejściu nie chodzi o analizowanie uczuć, szukanie ich źródeł ani próby „naprawiania” siebie. Lęk, smutek, napięcie czy zmęczenie są traktowane jak zjawiska naturalne – pojawiają się i znikają, o ile nie uczynimy z nich centrum życia. Kluczowe jest natomiast to, na czym skupiamy uwagę i co robimy tu i teraz.

Morita zakładał, że im bardziej koncentrujemy się na swoim samopoczuciu, tym bardziej ono się komplikuje. Im bardziej próbujemy je kontrolować, tym silniej nam się wymyka. Dlatego zamiast pytać bez końca „dlaczego tak się czuję?”, proponował pytanie dużo prostsze: „co jest teraz do zrobienia?”. Nie po to, by uciec od emocji, ale by przestały one dyktować warunki życia.

To podejście jest zaskakująco spójne z dobrze znanym, „polskim” powiedzeniem: zajmij czymś ręce, żeby odpoczęła głowa. W specjalnych ośrodkach w Japonii, gdzie pracuje się metodami inspirowanymi terapią Mority, pacjenci zajmują się przede wszystkim prostą pracą fizyczną. Taką, która pozwala się zmęczyć, daje widoczny efekt, jest wykonywana we wspólnocie i we współpracy.

W tle jest jedna, bardzo prosta myśl: żeby przestać zanurzać się bez końca we własnej głowie. Przestać, jak mówią młodsi, „overthinkować” wszystko (starsi pewnie powiedzieliby: „jojczyć”). Zamiast tego wziąć głęboki oddech i zająć się czymś konstruktywnym, osadzonym w rzeczywistości.

 

A jak to przełożyć na naszą, polską codzienność?

Wcale nie musimy wyjeżdżać do japońskiego ośrodka ani pracować na roli, żeby skorzystać z tej filozofii. „Ferie po japońsku” mogą zacząć się bardzo blisko, w zwykłym dniu, między pracą, domem i codziennymi obowiązkami.

Może to oznaczać zgodę na to, że nie musimy czuć się wypoczęci, żeby odpoczywać. Chodzi raczej o zaplanowanie takiej aktywności, która pozwoli oderwać myśli i przestać skupiać się wyłącznie na sobie. Możemy wyjść na spacer, ugotować coś, choć zwykle nie gotujemy, uporządkować jedną półkę. Nie po to, by „poprawić sobie nastrój”, ale po to, by zrobić coś realnego, prostego i zakorzenionego w codzienności.

W praktyce to także odejście od presji, że wolny czas musi być produktywny, wyjątkowy albo perfekcyjnie zaplanowany. Ważne, by aktywności wybierać uważnie. Zamiast analizować, czy „już odpoczywamy”, pozwolić sobie po prostu być w działaniu: wyjść z psem, odśnieżyć chodnik, ugotować coś od podstaw, posiedzieć chwilę w ciszy.

Morita uczy, że życie nie zaczyna się wtedy, gdy znikają trudne emocje. Ono toczy się cały czas, także wtedy, gdy się boimy, smucimy, jesteśmy zmęczeni, zniechęceni albo przeciążeni. Paradoksalnie to właśnie wtedy, gdy przestajemy czekać na „lepszy moment”, często pojawia się ulga.

 

Ferie „po japońsku” nie są o dalekiej podróży ani o zmianie siebie. Są o zmianie relacji z własnym samopoczuciem. O zgodzie na to, że nie wszystko musi być idealne, żeby było wystarczająco dobre. O powrocie do prostych czynności, które zakotwiczają nas w codzienności.

Może więc w te zimowe dni nie warto pytać siebie, czy naprawdę odpoczywamy. Może wystarczy zapytać: co jest teraz małe, realne i możliwe do zrobienia?
I pozwolić, żeby reszta (emocje, myśli, napięcia) po prostu była. Bez walki. Bez nadzoru. Jak w Moricie.