You are currently viewing Czy ja wybieram, czy reaguję? O elektronicznym multitaskingu

Czy ja wybieram, czy reaguję? O elektronicznym multitaskingu

Tydzień temu pojawił się wpis o multitaskingu, czyli o tym, że choć w psychologii od lat mówi się wprost, że robienie wielu rzeczy naraz nie jest skuteczną strategią, tempo współczesnego świata nieustannie pcha nas właśnie w tę stronę. Żeby nie ulec temu automatyzmowi, potrzebna jest świadoma decyzja i uważność, inaczej bardzo łatwo wpaść w tę pułapkę.

Dziś przyjrzymy się zjawisku, które można nazwać multitaskingiem elektronicznym.

Jeśli masz jednocześnie otwarte kilka zakładek w przeglądarce, pracujesz równolegle w kilku aplikacjach, a wieczorem słuchasz webinaru, opłacasz rachunki i odpisujesz przyjaciółce na WhatsAppie, to właśnie to robisz. Twój mózg nie odpoczywa między zadaniami. On nieustannie się przełącza.

Kiedyś multitasking kojarzył się z efektywnością, sprawnością i „szybkim umysłem”. Dziś wiemy, że jest znacznym obciążeniem dla uwagi, pamięci roboczej i funkcji wykonawczych. Uwaga to zasób ograniczony. Każde przełączenie między zadaniami ma swoją cenę poznawczą, nawet jeśli trwa ułamek sekundy. W świecie cyfrowym przełączanie jest wyjątkowo łatwe: ekran, zakładka, powiadomienie, komunikator, arkusz, mail, platforma. Wszystko w zasięgu jednego kliknięcia.

I podobnie jak w świecie offline, płacimy za to cenę: większym zmęczeniem, wolniejszym wykonywaniem zadań, większą liczbą błędów. W dłuższej perspektywie trudnościami z utrzymaniem uwagi, nasilonym stresem i przeciążeniem informacyjnym.

Co w multitaskingu elektronicznym jest szczególnie podstępne? Przede wszystkim iluzja kontroli i produktywności. Mamy wrażenie, że skoro „ogarnęliśmy tyle rzeczy”, to byliśmy bardzo efektywni. Tymczasem często wykonaliśmy je powierzchownie i z dużo większym kosztem energetycznym.

Wyobraźmy sobie sytuację: mamy zadanie wymagające skupienia. Nie wyciszyliśmy poczty służbowej, więc co chwilę pojawiają się powiadomienia. To tzw. mikroprzerwania, nie wyglądają jak przerwania, ale nimi są. Badania pokazują, że już samo pojawienie się powiadomienia (nawet jeśli nie sprawdzamy treści) obciąża naszą uwagę i obniża efektywność. Wystarczy, że zobaczymy komunikat… i już wiemy, że coś czeka. To utrzymuje nas w stanie czujności.

Dlatego przy pracy wymagającej koncentracji warto odłożyć telefon poza zasięg wzroku (migające powiadomienia rozpraszają nawet wtedy, gdy ich nie odczytujemy), a w radzeniu sobie z pocztą służbową stosować tzw. batching, czyli sprawdzanie i odpowiadanie w wyznaczonych blokach czasowych w ciągu dnia.

Nieustanna dostępność oznacza nieustanne napięcie. A napięcie to koszt energetyczny, którego często ani my sami, ani nasze otoczenie nie doceniamy.

Czy da się z tego wyjść? Oczywiście. Nie chodzi o całkowitą rezygnację z technologii, to nierealne. Chodzi o odzyskanie sterowności. O świadome używanie narzędzi zamiast biernego podporządkowania się temu, co akurat miga na ekranie.

Można zacząć od małych eksperymentów:

  • jedna zakładka = jedno zadanie
  • wyłączone powiadomienia w czasie pracy wymagającej skupienia
  • blok czasu tylko na jedną aktywność (np. 25–45 minut)
  • osobny moment dnia na „odpisywanie wszystkim”
  • wieczorem: jedna rzecz naraz, nawet jeśli trwa to dłużej

A przede wszystkim warto na chwilę się zatrzymać i sprawdzić: czy ja jeszcze wybieram, na czym pracuję, czy raczej reaguję na to, co właśnie miga na ekranie?  Bo różnica między wyborem a reagowaniem to różnica między sprawczością a przeciążeniem. Technologia może nam służyć. Ale tylko wtedy, gdy to my decydujemy, kiedy i jak z niej korzystamy.