You are currently viewing Przygoda, która nie musi być spektakularna: jak małe wyprawy pomagają w wielkim resecie?

Przygoda, która nie musi być spektakularna: jak małe wyprawy pomagają w wielkim resecie?

Z perspektywy Instagrama przygoda to najczęściej wysokie góry, dalekie kraje i spektakularne zdjęcia z drona. Wielkie wyprawy, duże wydarzenia, bilety kupowane z półrocznym wyprzedzeniem.

Ale czy tak musi być?

Niekoniecznie. Czasem przygoda to spontaniczny pomysł, który pojawia się chwilę wcześniej. Pomysł, który na początku może wydawać się szalony (dla jednych) albo wręcz banalny (dla tych, którzy wolą mniej wrażeń).

Kiedy pracujesz na wysokich obrotach przez cały tydzień, na wielkie przygody w weekend po prostu często nie ma już siły. Nie ma przestrzeni na planowanie, pakowanie, organizowanie kolejnego „projektu”.

I to jest moment, w którym możesz zmienić definicję przygody. Bo przygoda nie zaczyna się od biletu lotniczego. Zaczyna się od decyzji, że chcesz na chwilę wyjść z codzienności.

Paradoks polega na tym, że im bardziej jesteś zmęczona, tym bardziej potrzebujesz nawet małych, krótkich, swoich przygód. Takich, które nie wymagają urlopu, dużego budżetu ani tygodni przygotowań, a jednak pozwalają na chwilę złapać oddech i poczuć, że wydarzyło się coś innego niż zwykle.

Nazwijmy je „mikroprzygody” dobrze oddają tę ideę. Pokazują, że nie musimy wybierać między „nic” a „wielką podróżą życia”. To wszystko, co wyrywa Cię choć na chwilę z codziennej rutyny, jest choć odrobinę inne niż zwykle i daje poczucie: „zrobiłam dla siebie coś małego, ale konkretnego”. To może być spontaniczny wyjazd bez planu, śniadanie na trawie, wieczorny spacer z latarkami albo wycieczka rowerem bez dokładnie wyznaczonej trasy. Czasem coś bardziej zorganizowane jak na przykład nocowanie w Orientarium w łódzkim zoo – dla dzieci tych małych i tych całkiem dorosłych.

Kiedy mówimy o „wewnętrznym dziecku”, łatwo pomyśleć o modnym haśle albo metaforze z psychologicznego podcastu. Tymczasem w koncepcji Erica Berne mówimy o czymś bardzo konkretnym, o trzech stanach „Ja”, które towarzyszą nam na co dzień.

– Ja‑Dziecko – nasze emocje, spontaniczność, ciekawość, potrzeba zabawy, ale też lęki i wrażliwość.

– Ja‑Dorosły – ta część, która analizuje fakty, podejmuje decyzje, sprawdza, co jest realne i możliwe.

– Ja‑Rodzic – głosy, które przejęliśmy od ważnych dorosłych: zakazy, nakazy, ale też wspierające przekonania i opiekuńczość.

Małe przygody bardzo często uruchamiają właśnie tę pierwszą część, ciekawą, poruszoną, czasem trochę „szaloną”, ale też autentycznie radosną. Tę, która nie potrzebuje uzasadnienia w arkuszu Excela, tylko reaguje na coś nowego z naturalnym „o, to brzmi fajnie”. I dzieje się wtedy coś ważnego. Twoje bardziej analityczne „Ja” widzi, że to jest możliwe do zrobienia, a ta spontaniczna część dodaje do tego lekkość i zaangażowanie. W tym spotkaniu pojawia się przestrzeń na coś, czego często bardzo brakuje, na prawdziwy reset.

Dlatego czasem naprawdę niewiele trzeba, żeby na chwilę wyjść z trybu zadaniowego, złapać oddech i przypomnieć sobie, że życie to nie tylko lista rzeczy do odhaczenia.

Tego właśnie życzymy na ten weekend, uruchomienia tego wewnętrznego radosnego dziecka. A jeśli nie uda się w ten, to zrobić przestrzeń temu dziecku na razie myślową i wydobyć w kolejny weekend 😊