Wprawdzie rozpoczyna się cisza wyborcza, ale jak zwykle, wpis nie będzie polityczny. Będzie psychologiczny i może odrobinę historyczny.
Wybory to zaskakująco świeży wynalazek w historii ludzkości. Żeby to dobrze zobrazować: wyobraźmy sobie, że cała historia człowieka jako gatunku mieści się na odcinku długości jednego metra. Na tej osi czasu 99,9 centymetra zajmują epoki, w których władzę zdobywano siłą, dziedziczeniem albo przez zamknięte układy elit.
A ostatni milimetr, dosłownie końcówka tej skali, to moment, w którym zaczęliśmy wybierać przywódców w powszechnych wyborach.
A jednak to właśnie ten milimetr stał się jednym z najbardziej fascynujących tematów w psychologii politycznej, czyli dziedzinie, która bada, dlaczego ludzie głosują tak, jak głosują.
Wybory jak zakup proszku do prania?
Jedną z pierwszych prób wyjaśnienia ludzkich decyzji wyborczych zaproponowali Lazarsfeld, Berelson i Gaudet w latach 40. XX wieku. Zakładali oni, że człowiek głosuje tak, jak kupuje proszek do prania, czyli pod wpływem kampanii reklamowej, która dostarcza informacji i przekonuje do wyboru.
W praktyce jednak szybko okazało się, że ten model ma poważne ograniczenia. Po pierwsze, wiele osób podejmuje decyzje wyborcze jeszcze przed rozpoczęciem kampanii. Po drugie, część obywateli w ogóle nie śledzi kampanii, a mimo to głosuje.
Model identyfikacji partyjnej
Kolejną próbą były modele identyfikacji partyjnej, łączące deklaracje partyjne z czynnikami socjodemograficznymi, jak wykształcenie, poziom dochodów czy klasa społeczna. W USA to działa zaskakująco dobrze: tożsamość jako demokrata lub republikanin pozwala z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć, jak ktoś zagłosuje.
W Europie, a zwłaszcza w Polsce, sytuacja jest bardziej złożona, gdzie obserwujemy duże przepływy elektoratu między partiami. Partie powstają i znikają, koalicje się zmieniają, politycy migrują między ugrupowaniami. Identyfikacja partyjna jest więc niestabilna i znacznie słabiej zakorzeniona. Dlatego niektórzy psychologowie polityczni sugerują, że trafniejszym rozróżnieniem jest lewicowość vs. prawicowość, czyli bardziej ogólny światopogląd niż konkretna partia.
Głosowanie tematyczne – czyli „na poglądy”
Kolejna koncepcja to tzw. głosowanie tematyczne, decyzję wyborczą podejmujemy w oparciu o to, na ile poglądy kandydata są zgodne z naszymi własnymi wartościami i priorytetami. To podejście uznawane jest za przejaw „politycznego wyrafinowania” (tak, to rzeczywiście termin naukowy).
Im bardziej świadomie szukamy zgodności programowej (albo przynajmniej w paru punktach, które uznajemy za najważniejsze dla nas, albo powiązanych z naszymi osobistymi wartościami), tym wyższy poziom kompetencji obywatelskiej wykazujemy.
Model racjonalnego wyborcy
Ostatnia z klasycznych teorii to model racjonalnego wyborcy, autorstwa Anthony’ego Downsa. W tym ujęciu decyzja o głosowaniu to bilans zysków i kosztów. Zastanawiamy się, czy nasz głos realnie wpłynie na wynik oraz czy przyniesie nam większe korzyści (materialne, społeczne, emocjonalne), gdy wygra jeden kandydat, a nie drugi.
Co ciekawe, „koszt” nie musi oznaczać tylko wysiłku fizycznego związanego z pójściem do lokalu wyborczego. Może nim być także np. poczucie winy za zaniedbanie obywatelskiego obowiązku. A „zysk” może mieć wymiar symboliczny, na przykład świadomość, że miało się wpływ na kształt wspólnej przyszłości.
I na koniec…
Warto w tej ciszy wyborczej przypomnieć sobie, że niezależnie od tego, na kogo zagłosujemy, głosowanie samo w sobie ma znaczenie.
Bądźmy „politycznie wyrafinowani”, nawet jeśli nie śledzimy debat codziennie, warto świadomie wziąć udział w wyborach. W końcu wszyscy myślimy o przyszłości i mamy wpływ na jej kształt. Nawet w tym milimetrze historii, bo to nasz milimetr.