Czy zdajesz sobie sprawę, że język może wpływać na to, jak myślimy, co czujemy i jak reagujemy?
W psychologii funkcjonuje popularne, choć uproszczone pojęcie: hipoteza Sapira-Whorfa. To raczej nieformalny parasol pojęciowy, obejmujący idee tych dwóch badaczy, znanych z koncepcji relatywizmu językowego. Jej sedno sprowadza się do przekonania, że język nie tylko opisuje rzeczywistość, ale ją kształtuje i filtruje. Innymi słowy: to, w jakim języku mówimy, wpływa na to, jak myślimy.
Najprostsze przykłady pochodzą z różnych kultur. W języku polskim mamy jedno słowo na śnieg (no dobrze, może jeszcze rozróżniamy lód, każdy, kto się na nim poślizgnął, wie, jakie to użyteczne rozróżnienie). Tymczasem Inuici, żyjący w otoczeniu śniegu, mają na niego dziesiątki określeń. Jednym z najciekawszych przykładów wpływu języka na myślenie jest język Pirahã, plemienia żyjącego nad rzeką Maici w Amazonii. Choć posługuje się nim bardzo niewiele osób, to jest to jeden z najbardziej fascynujących języków świata.
Pirahã nie zawiera czasu przeszłego ani przyszłego, wszystko opisywane jest w czasie teraźniejszym: „idę”, „widzę”, „jem”. Ich opowieści są proste, konkretne i oparte wyłącznie na bezpośrednim doświadczeniu. Nie mają mitów ani opowieści o przeszłości, bogach czy początkach świata. Za prawdziwe uznają wyłącznie to, co ktoś sam zobaczył lub przeżył. Przekonał się o tym Daniel Everett, misjonarz i językoznawca, który próbował rozmawiać z nimi o Bogu. Bezskutecznie, dla mówiących językiem Pirahã koncepcja istnienia kogoś, kogo nikt nie widział, była całkowicie niezrozumiała. Taka rozmowa po prostu nie miała dla nich sensu.
No dobrze, ale jak to się ma do nas? Te ciekawe przykłady mogą być świetnym punktem wyjścia do zastanowienia się, jak my sami się komunikujemy i czy przypadkiem nasz osobisty język nie wpływa na nas bardziej, niż nam się wydaje.
Na co dzień, w tych samych sytuacjach, możemy używać zupełnie różnych słów. Na studiach psychologicznych szczególnie zapadła mi w pamięć myśl jednego z profesorów: „Nie ma porażek, są tylko informacje zwrotne”. W trudnej sytuacji mogę pomyśleć „porażka”, albo „lekcja”. Przed wyzwaniem mogę myśleć „problem”, albo „szansa”. Jeśli coś mi się nie uda, mogę powiedzieć sobie „zawaliłem/am”, albo „próbowałem/am”. Gdy nie wiem, co robić, mogę myśleć „nie da się”, albo „spróbuję znaleźć inne rozwiązanie”. Yoda mówił do Skywalkera „nie próbuj, a zrób” (tu puszczam oko do wszystkich fanów Gwiezdnych Wojen). Ta sama sytuacja, a zupełnie inne słowa, które wywołują inny nastrój, inne nastawienie, a w efekcie inne działanie.
Takie myśli szczególnie tropią terapeuci poznawczo-behawioralni. Pomagają je najpierw zauważyć, a potem skutecznie przeformułować. Pierwszym krokiem jest identyfikacja tzw. myśli automatycznych, czyli tych, które pojawiają się odruchowo, często bez naszej świadomości. Kluczowe jest zrozumienie, że nasz sposób myślenia to tylko jedna z możliwych perspektyw, nawet jeśli wydaje się nam tak naturalny jak język ojczysty.
Nie chodzi o to, by wszystko kwestionować i wiecznie się nad sobą zastanawiać. Ale są takie myśli, które nas unieszczęśliwiają, podkopują naszą motywację i sprawczość – i to im warto się przyjrzeć. Kolejny krok to zakwestionowanie tych myśli: logiczna analiza, poszukiwanie dowodów i spojrzenie na sytuację z innej strony. Ostatecznym celem jest ich przeformułowanie, nie na „pozytywne”, lecz na bardziej realistyczne i wspierające.
Bo w obliczu stresującego wystąpienia naprawdę nie pomaga myśl „na pewno zawalę”. Zdecydowanie bardziej użyteczne będzie: „To trudne, ale przygotuję się najlepiej, jak potrafię, i dam z siebie wszystko”.
Słowa, których używamy (w myślach i na głos) mają ogromną moc. Mogą nas ograniczać, ale też wspierać. Nie wszystko w życiu możemy kontrolować, ale sposób, w jaki o tym myślimy – to już nasz wybór. I może warto ten wybór potraktować na serio.